Rozdział 5
Dochodząc na miejsce widzę trzech kolesi Max'a, Carl'a i chyba Cris'a.
-No, no, no jakie fajne spotkanie -mówi oschłym głosem Max
-Czego chcecie? -pytam
-Zmieniłeś się wiesz? Chcę tego co zawsze Harry, oddaj mi to co mi się należało, ale majątek ojciec zapisał na ciebie -powiedział coś co mnie zatkało
-Co? Jaki majątek? Skąd znasz mojego ojca? -zadawałem pytania
-Masz na koncie w banku spadek po ojcu, są tam tysiące dolarów, dość dużo, a jeszcze ta szkatułka od matki z jej najdroższą biżuterią. Wszystko oczywiście jest dla ciebie -tłumaczy
-Nie rozumiem czemu się tak bulwersujesz przecież jestem ich synem -mówię
-Ja też nim jestem. Jesteśmy braćmi. Jestem rok młodszy, oczywiście ten gorszy -fuka
-Co? Nie wierzę, ale jeśli bardzo chcesz tego majątku to się nim z tobą podzielę -zapewniam go
-Chcę majątku, ale nic tak nie pragnę jak twojej śmierci -mówiąc to wyciąga naładowany, mały pistolet z kieszeni od bluzy
Zaczynam się cofać, nie wiem co mam zrobić.
-Boisz się śmierci co? -pyta z uśmiechem na twarzy
Nic nie mówię tylko cofam się dalej, aż natrafiam na ścianę wiem, że już nie ucieknę zostałem otoczony. Zamykam oczy i słyszę strzał, czuję przerażający ból w prawej nodze. Krew sączy mi się z rany, nie mogę ustać na nogach. Słyszę następny strzał, a ból przenosi się na lewe ramię. Tracę widoczność, nic nie widzę i upadam uderzając głową o beton. Ostatnie co słyszę to słowa Max'a.
-Ej w nogi ktoś tu idzie, następnym razem go dopadniemy
~~~~~~. . . . . . . . ~~~~~~
Budzę się chyba w szpitalu, ból powraca zaczynam sobie przypominać co się stało. Widzę jakiegoś obcego faceta, jest dziwny.
-Kim pan jest? -pytam ledwie słyszalnym głosem
-Jestem Robis, znam cię chłopcze, nie pytaj skąd, wezwałem pogotowie dlatego tu jesteś -tłumaczy
-Dzięki -zwijam się z bólu
Ten facet wstał i wyszedł. Do sali wbiegła Amy.
-Harry! -krzyknęła z łzami w oczach i przylgnęła do mnie, objąłem ją zdrową ręką.
-Dzień dobry -powiedziała ruda stojąca w drzwiach
-Dzień dobry, jak tam Amy u ciebie? -uśmiecham się mimo piekielnego bólu
-Dobrze, jest super tylko ciebie mi brakuje, a co ci się stało? -zapytała
-Wiesz taki tam wypadek nic takiego -kłamię jej prosto w oczy, ale nie mogę jej powiedzieć co się stało naprawdę
Po odwiedzinach Amy i tego babska przyszła Marlen. Była jakaś znużona jak by wcale nie spała i na dodatek była smutna. Podeszła do mnie i usiadła obok.
-Harry jak się czujesz i co się wydarzyło? -pyta zmartwionym głosem
-Nawet dobrze się czuję tylko, że to cholernie boli. Co się stało pytasz? Więc hmm...zostałem postrzelony przez Max'a -mówię
-Słucham? Mówisz m-m-Max'a? Boże wiedziałam, że on jest dla ciebie niebezpieczny, martwiłam się o ciebie -jej głos drży wymawiając jego imię
-Wiedziałaś o tym, że jest moim bratem? -pytam
-Tak ale... -zaczęła się tłumaczyć
-Jak mogłaś mi nie powiedzieć, ja ci ufałem, traktowałem jak matkę, a ty mi nie powiedziałaś, że jakakolwiek moja rodzina żyje, tylko on jest moją rodziną -unoszę na nią głos
-Harry to było dla twojego dobra, a powiedź czy ty uważasz go za rodzinę skoro zadał ci ból. On chciał cię zabić zrozum to, to nie jest żadna rodzina -słyszę że Marlen się denerwuje
-Wiem co zrobił i co chciał zrobić lepiej od ciebie, ale on taki nie jest to przez naszych rodziców taki jest, ponieważ ja dostałem po nich wszystko, a on nic, jemu tez coś się należy -tłumaczę jej ze złością
-Dobra nie chcę się z tobą kłócić więc ja już pójdę. To naprawdę nie jest wina twoich rodziców
Gdy poszła myślałem o tym i nie zmieniłem zdania to na 100% ich wina. Próbuję wstać lecz się wywracam i leżę jak długi na podłodze. Wiem że wyglądam śmiesznie co potwierdza śmiech Louis'a wchodzącego do sali.
-Stary co ty robisz? -pyta ze śmiechem Louis
-Chciałem stąd iść lecz jak widać się wywróciłem -próbuję się śmiać lecz z tym piekielnym bólem nie mogę
Zayn i Liam pomagają mi wstać i na moje nieszczęście znowu kładą mnie na to szpitalne łóżko. Jest ono strasznie niewygodne i trochę skrzypiące. Ta szpitalna biel mnie przeraża.
-Liam pogadaj z lekarzem, chcę już stąd wyjść, proszę -to ostatnie słowo wywołuje u mnie grymas na twarzy
-Dobrze pogadam -uśmiecha się i wychodzi
Ja rozmawiam z chłopakami o drużynach piłkarskich, Nigdy nie lubiłem piłki nożnej, a teraz przekonuję się do tego sportu. Stwierdzam że moim ulubionym piłkarzem jest Neymar Jr.
Gdy wchodzi Liam przechodzimy na temat dziewczyn. Wszyscy jesteśmy singlami więc nie mieliśmy o kim opowiadać, chodź opowiadaliśmy o swoich byłych.
-No więc Harry musisz po prostu chodzić dopiero stąd wyjdziesz -mówi Liam
Gdy to słyszę to się załamuje , już przed chwilą próbowałem chodzić i co? Leżałem na podłodze, tyle z tego wyszło. Rozmawiamy z chłopakami dość długo. Dopiero około wieczoru chłopaki idą, a ja zostaje sam. Leżę sam na sali i cieszę się z tego.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Postanowiłam jednak pisać dalej mimo tego że nikt tego nie czyta. Po długiej przerwie wstawiam ten rozdział i mam nadzieje że ktoś go przeczyta.





