Rozdział 4
Tydzień po śmierci ojca Amy było już w porządku. Była ona cały czas uśmiechnięta. A ja, znaczy my dobrze się z nią bawiliśmy. W pewien wtorek Marlen zawołała Amy do biura co wiadomo co znaczyło. ktoś chciał ją adoptować. Okropnie mnie zdziwiło to, że po chwili mnie też tam zawołali. Wchodząc do biura zauważyłem siedzącą kobietę, z twarzy strasznie niemiła, to pokazywał też rudy kolor włosów.-Więc to ty jesteś Harry, witam - powiedziała kobieta
-Cześć - burknąłem
-Ja chcę adoptować Amy, ale ona mówi że bez ciebie nigdzie nie idzie, więc wezmę was oboje - tłumaczy
-Ja nigdzie nie idę - mówię
-Nie widzę, aby nauczyli cię jak rozmawiać z dorosłymi, trochę szacunku chłopcze - mówi to w taki sposób, że jest mi niedobrze
-Nauczyli, a jak pani nie widzi to niech se pani kupi okulary - krzywię się do niej
-Harry uspokój się - zwraca mi uwagę Marlen
-U mnie bym cię wychowała normalnie, a nie tak jak w tym okropnym domu dziecka, no ale cóż nie chcesz iść ze mną to nie, a mógłbyś mieć normalną rodzinę - mówi mi ta przeklęta suka
-Pani by mnie wychowała? He he za późno bo mnie wychowała, już Marlen i to bardzo dobrze. To miejsce nie jest okropne jak pani może obrażać mój dom. A co do rodziny to mam normalną, Marlen jest dla mnie jak matka, mam wspaniałych czterech braci i młodszą siostrzyczkę Amy, inni to tak jak by moi kuzyni. Ciężko mi powiedzieć to, ale pani Kodra to jak ciotka, mam tu wspaniałą rodzinę - prawię na nią krzyczę
-Dobrze, więc ja przyjdę jutro po Amy do widzenia - wstaje i wychodzi
Amy pobiegła do pokoju, a mnie zatrzymała Marlen.
-Wiesz Harry jestem z ciebie dumna, że tak o nas mówiłeś i o tym budynku, ale jestem też zła bo miałeś niepowtarzalną okazję, aby się stąd wyrwać, a ty ją straciłeś - powiedziała Marlen
-Tylko, że ja nie chce stąd iść - mówię
-Widzisz nigdy ci o tym nie mówiłam, ale ja kiedyś jako mała dziewczynka trafiłam właśnie do tego ośrodka. Nikt nigdy nie chciał mnie adoptować. Zawsze byłam gorsza, brzydsza i bardziej niegrzeczna od innych dziewczynek. Jak wiesz w wieku 20 lat z domu dziecka się wylatuje do pracy i do własnego domu lub na studia do akademika, a ja gdy miałam 20 lat postanowiłam tu zostać i od tamtej chwili tu jestem jako opiekun sierot. Ja chcę Harry, abyś miał dom taki normalny, byś nie musiał tu dłużej siedzieć. Jesteś naprawdę wspaniałym, młodym facetem i zasługujesz na najlepsze, dlatego obiecaj mi, że jak się nadarzy okazja abyś miał dom to ją przyjmiesz - Marlen płacze i trzyma mnie za rękę
-No ale Marlen... - zaczynam mówić
-Obiecaj mi Harry - prosi mnie
-Obiecuję - patrzę na nią jak na matkę i po prostu ją przytulam na co odwzajemnia mój uścisk i mnie z niego nie puszcza.
Po tej rozmowie idę do pokoju do chłopaków i Amy. Widzę radość na twarzy młodej co oznacza, że ona chce iść z tą rudą babą. To jest przytłaczająca wieść, bo ona coś dla mnie znaczy, nie wiem co, ale wiem że jest dla mnie ważna. Siadam koło nich cały czas rozmawiają, a ja myślę o tym co mówiła Marlen, obiecałem jej to, ale i tak wiem, że nikt mnie nie będzie chciał.
-Harry! - krzyknął Niall
-Tak...co? - spytałem wyrwany z przemyśleń
-Po co tam poszedłeś? - zapytał Niall
-Chciała mnie wziąć, ale się nie zgodziłem - mówię
-Wow chciałeś zostać z nami, podziwiam to - mówi Liam
-Ta fajnie - potakuje
Gdy się kładziemy nie mogę usnąć. Myślę o dzieciach i nastolatkach którzy mają rodziców, ale uświadamiam sobie, że ja mam Marlen. Nie wiadomo kiedy łzy spływają mi po policzkach, a z ust wydobywa się szloch. Nie zdając sobie sprawy z tego, że Zayn nie śpi i to słyszy wspominam swoje życie, nędzne życie nadal z płaczem. Zdaje sobie sprawę, że się zmieniłem. Z bolącą głową od płaczu usypiam już trochę późno. Koło południa, gdy zostaję sam w pokoju bo chłopcy idą na lekcje zostaje ze mną Zayn.
-Stary co jest? - pyta
-E nic takiego - mówię pod nosem
-Słyszałem jak płakałeś, coś musi się dziać - kładzie mi rękę na ramieniu
-Chciałbym mieć rodziców i tyle, ale tylko czasami tak chcę, nie chcę aby Amy stąd odeszła stary - wyznaje mu
-Nikt nie chce, ale będzie miała lepsze życie, nam się nie udało, ale jej tak - Zayn ma całkowita rację
Około piętnastej to rude babsko tu przyszło i zabrało moją małą siostrzyczkę. Bez niej jest jakoś inaczej puściej. Wyszedłem sobie na spacer zostawiając telefon w domu , dużo dało mi świeże powietrze, dużo też myślałem i wiem, że dobrze się stało. Nie zdążyłem się pożegnać z Amy i nawet nie wiem gdzie ona teraz ,,mieszka". Jak by nie patrzeć znajdę ją bo muszę wiedzieć co będzie się z nią dziać. Po powrocie chłopaki powiedzieli, że dostałem sms'a.
Mówiąc chłopakom gdzie idę spoglądam na zegarek i wychodzę z pośpiechem.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Więc jak będzie 5 kom dodam następny rozdział





